Koniec bloga...




To miał być przejściowy kryzys. Miało minąć po kilku dniach, a wena miała wrócić. Miało być jak zawsze. Ale myśl, że czas to rzucić w diabły, nie minęła. Wręcz się nasila, przecież to wszytko bez sensu. Gówno kogo przecież obchodzi co myślę, niezrozumienie to najczęstsza myśl, która się we mnie pojawiała.



Nie umiem się dopasować do tych wszystkich reguł, że systematyczność musi być, że trzeba się pojawiać tu i tam, ja kurwa tak nie umiem... Po prostu, nie sram się kiedy nie ma posta, nie ma weny, nie ma o czym pisać, nie chce na siłę tworzyć jakiejś "zapchajdziury". Jak widzę czasem posty na blogach, to mdli mnie, zero treści, pisanie o jakiś kosmicznie nieważnych bzdetach, bez których człowiek przeżyje.


Wściekłość, to mnie przepełnia, to tak jak z muzyką, najgorsze kawałki ryją nam banie w radiostacjach, a ta muzyka szlachetna, pełna emocji ginie gdzieś przygnieciona tym plastikowym tworem. Ta sztuczna muzyka dla mas, jest jak ci blogerzy co sami nie wiedzą o czym mają pisać i opisują pędzelek z Chin albo podróbki kosmetyków. I mają o wiele więcej wejść niż moi znajomi blogerzy, którzy oświecają ludzi, pokazują kulturę i to jacy jesteśmy. Poczułam niechęć, taką szczerą do tego wszystkiego.

Chodzi też o to, że nie jestem zadowolona z siebie. To się nie zmieni, tak będzie i tak być musi. Zawsze uważam, że mogłam zrobić coś lepiej, że to co stworzyłam jest słabe. Chociaż by zdjęcia, czasem godzinami gapię się na foto szukając chociażby najmniejszej niedoskonałości, dlatego większość zrobionych przeze mnie zdjęć kończy w koszu. Tak jest z postami, z blogiem. Wiem, że to wynika ze mnie z mojej samooceny. I nie da się tak z dnia na dzień nabrać pewności siebie by myśleć, że "spoko to jest zajebiste wrzucam, dobra robota mała". I chociażby się ktoś starał ze wszystkich sił pokazać mi, że podoba mu się coś co stworzyłam, to nie sprawi, że będę zadowolona, że nabiorę energii by tworzyć dalej. Winę ma też mój kolega, który albo olewa mój blog albo po prostu milczy na temat mojej słabej twórczości.


Koniec bloga? Koniec.

W moim życiu pojawił się też Jakub i wszystko się zmieniło.



Jakub to genialny facet, taki jego obraz rysuje mi się po przeczytaniu jego książki #YOLO. O samej książce, jeszcze napisze.
Jakub Koisz sprawił, że doznałam jakiegoś oświecenia i to co powyżej już jest nieaktualne. Nie poddam się i nie odejdę stąd tak po prostu. Przecież najważniejsza jest ta garstka, która mnie czyta. Skoro coś zaczęłam to muszę to skończyć, widziałam w tym jakiś sens, więc trzeba zacząć misje jeszcze raz. Wiem teraz, że mój język nie będzie słodki i poprawny. Wiem, że mogę być sobą, że albo mnie ktoś kupi, a jak nie to w prawym górnym rogu jest magiczny czerwony X....

Chociaż bunt mi nie minie, po prostu taki charakter, będę głośno mówiła o tym co mi nie pasi, jestem krytyczna, zdaję  z tego sprawę, ale nie mam klapek na oczach, szukam swojego miejsca. Nie chce przeminąć zostawiając po sobie potomstwo i kilka zdjęć. Chce coś stworzyć.


Koniec bloga? Nie!

Nie obiecuję, że posty będą co tydzień, że będą mądre, smutne czy zabawne. Będą takie jak ja. Nie zrezygnuję z Diy, po prostu chyba w końcu za sprawą książki wiem jaki kierunek obrać, o czym chce mówić i, że w ogóle chce dalej to tworzyć, Za tym wszystkim stoi tez mój znajomy "Niedźwiedź," który poświęcił mi chwilę, wysłuchał mnie i doradził, że trzeba przeczekać. Przeczekałam, jestem...


Do następnego ...





Komentarze

Popularne posty

Urodomania czy Kosmetykomania, która drogeria lepsza...