28 lutego 2017

Jak zwalczyć epicką chujnię?



Moje Koty z grupy BlogiKot wpadły na pomysł byśmy popełnili post na temat tego 'jak zwalczyć epicką chujnię w swojej głowie by napisać coś mądrego na bloga?". Słowo "chujnia" wywołało spore zamieszanie, sama na początku twierdziłam, że jak takie słowo może pojawić się w tytule posta, na moim blogu? Ale dłużej szukając słowa, które chujnie zastąpi stwierdziłam, że pierdole to i nie będę udawała, że chujni nie ma w moim języku...




Jak zwalczyć zawartą w tytule epicką chujnię w swojej głowie, by napisać coś mądrego?

Wyjście jest jedno! Należy odpowiedzieć sobie na pytanie czy pragniesz fejmu czy chcesz podzielić się z innymi czymś ciekawym? I mogłabym już zakończyć ten post. Dziękuję, dobranoc.

Ale to byłoby zbyt proste, a Koty by mnie zjadły, podrapały i wymruczały lub ewentualnie w odwrotnej kolejności by mnie załatwiły. I w ten sposób moglibyśmy zacząć pisać książkę o zemście Kotów .

A teraz całkiem poważnie. Każdy z nas czasem ma w głowie pustkę albo przychodzi mu taki pomysł, którego latami by się wstydził gdyby faktycznie go zrealizował. Jak to pokonać? Trzeba dać sobie czas, złapać dystans, wyciszyć emocje. Napisać post, ale nie klikać od razu "opublikuj". Jeśli macie wątpliwości zapytajcie kogoś o zdanie... Poszukajcie inspiracji lub rozładujcie swoją frustrację w inny sposób. Nic innego nie da się zrobić. To zależy wyłącznie od nas jaką treść przekazujemy innym.

Za to jest wiele możliwości by zapobiegać  pustce i durnym pomysłom, które są tą epicką chujnią. Jak to zrobić? Czytać książki, kto nie czyta ten nie żyje. Nie wyobrażam sobie siebie nieczytającej. Nie ma takiej opcji. Co czytać? Z pewnością nie hity reklamowane masowo. Większość z nich jest przereklamowana. Naprawdę! Polecam zdać się na los, tak było ze mną, Koiszem i "#Yolo". W swoim ulubionym internetowym dyskoncie wpisałam imię "Jakub" chciałam zamówić sobie książkę Żulczyka. Ale sprawdzając wyniki wyszukiwania moim oczom ukazał się interesujący opis.

"Dziewczyna, która chce zmienić się w kota. Chłopak uzależniony od dopalaczy oraz seriali. Wiecznie pijana imprezowiczka szukająca miłości. I sarkastyczny Narrator, któremu wydaje się, że wie wszystko. Młodych warszawiaków łączą nieudane próby odcięcia się od nocnego życia oraz samotność. #YOLO Jakuba Koisza to powieść obyczajowa, którą czyta się jak thriller. Dokument naszych czasów, pełen celnych obserwacji, napisany współczesnym, żywym językiem. Pokazuje świat na granicy obłędu, dążący do rozpadu. Czy jest w nim jeszcze miejsce na miłość?"


I pojawiło się love, #koiszowelove. Kto czyta mnie regularnie pewnie zauważył, że
już któryś raz wspominam o tej książce na swoim blogu. Przysięgam, że to nie są posty sponsorowane, ani celowy zabieg. To po prostu samo tak wychodzi. To książka, po przeczytaniu której kończy Ci się świat, nie wiesz co dalej ze sobą zrobić, czytać od początku, błagać autora o ciąg dalszy? To książka, którą się przeżywa, nie myślisz wyłącznie o tym co jest tam napisane, ale też o autorze. O tym co czuł i jak się czuł opisując to wszystko. Tematyka nie jest łatwa. Możecie mi wierzyć lub nie, czytając ostatnie strony miałam łzy w oczach, przy 20 ostatnich kartkach celowo robiłam przerwy co chwilę by przygoda z tą książką tak szybko się nie skończyła. Najpiękniejsze jest to, że to jest debiut pisarski. Kurwa, jakie my mamy perełki, a wszyscy dookoła jarają się jakimś napalonym milionerem i laską, która wydaje się być nierozgarnięta życiowo. Jak to możliwe?

 Poszukajcie czasem sami czegoś, poczytajcie pozycje, które polecają inni, chociaż pierwszy raz o nich słyszycie. Znajdźcie w sobie pasje. Odkryjcie coś niesamowitego, zanurzcie się w świat filmowy, obejrzyjcie filmy, o których nikt nigdy nie pisał, które nie wychodzą Wam z lodówki. Ja kocham znajdować perły wśród starych filmów. Nie zawsze są to wybitne dzieła, czasem mają jakieś niedociągnięcia ale sprawiają, że siedzisz po ich obejrzeniu i zastanawiasz się nad sensem pewnych spraw. W ten sposób człowiek się rozwija i zabija chujnie jaką tworzy nam telewizja w głowie durnymi niskobudżetowymi serialami. Tak bardzo kręcą Was problemy innych, że to oglądacie, leczycie w ten sposób swoje kompleksy, czujecie się lepsi? Wyjaśnicie mi to, bo nie rozumiem. Jak można poświęcać czas na rzeczy, które nie wnoszą nic do naszego jałowego życia?


Nie uważam się za najmądrzejszą, popełniam błędy jak każdy, uczę się stale. Jedno wiem, mam swój gust i nie mam zamiaru biec za stadem, nie chce być karmiona chujnią i przekazywać ją dalej. Chce brać przykład ze wspaniałych ludzi, którzy robią wielkie rzeczy chociaż niewielu ich docenia.

Walczcie z masowym ogłupianiem... Nie dajcie się, siłownia, fit żarcie i sweet focie w lusterku to nie wszystko. Znajdzie też coś co będzie pożywieniem dla duszy, docencie sztukę.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz